Recenzja ze spektaklu „Rotmistrz Pilecki Ofiarowanie”

W ubiegły piątek (19 maja) Sala Odczytowa Centralnej Biblioteki Rolniczej zamieniła się w scenę. Ostrowska Grupa Teatralna „Rzeczpospolita Apostolska” przedstawiła 13 fragmentów z dramatu historycznego: „Rotmistrz Pilecki Ofiarowanie”. Scenariusz widowiska powstał głównie na podstawie słynnego raportu rtm. W. Pileckiego. Obraz życia obozowego, jaki nam się ukazuje w raporcie i na scenie, jest nie tylko dowodem upadku cywilizacji, zezwierzęcenia rodzaju ludzkiego, ale jest też szczególnym hymnem sławiącym wielkość człowieka. Dowodzi, że nawet w skrajnych warunkach można zachować godność i elementarną przyzwoitość. Artyści przedstawili sytuacje paradoksalne i wzajemnie się wykluczające. Ostatnia, odegrana przez Ostrowską Grupę Teatralną, scena opowiada o jednym dniu pobytu rotmistrza w obozie, choć wyrwana z kontekstu, wywarła na widzach wielkie wrażenie. Więźniowie należący do obozowej konspiracji, założonej przez Pileckiego w Auschwitz, duszą się dymem snującym się z pieców krematoryjnych i zapachem prochów ludzkich. Dym wprowadza więźniów w trans na pograniczu szaleństwa. Kilkakrotnie wznoszą supliki do Boga. - Święty Boże, święty mocny, święty a nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami. Chcą walki, pragną powstania. Proszą o pomoc, o zbombardowanie tego przeklętego miejsca na ziemi. Proszą daremnie. Ich ustami przedstawiony jest ogrom zbrodni, okrucieństwa i zezwierzęcenia oprawców. W tle słychać jęk obozowych syren i przeraźliwe ujadanie esesmańskich owczarków. Tak mógł wyglądać każdy dzień jedynego ochotnika do Auschwitz. Od przekroczenia obozowej bramy we wrześniu 1940 do Wielkanocy 1943 roku, gdy Pilecki zdecydował się na brawurową ucieczkę, było tych dni 947. Rotmistrz Pilecki w sposób przejmujący zestawia sceny, czyniąc ze swojego raportu przejmujący i wiarygodny przekaz historyczny. W ten sposób powstał jeden z najbardziej niezwykłych dokumentów przeżyć obozowych z czasów II wojny światowej. W obsadzie znaleźli się aktorzy-amatorzy, wykonujący na co dzień własne zawody i pracujący w zespole teatralnym społecznie. Narzucona sobie dyscyplina zespołowej pracy i towarzysząca jej pasja sprawiają, że aktorzy wcielają się w role z niezwykłą ekspresją, godną najlepszych doświadczeń teatru ludowego Jędrzeja Cierniaka. A oto oni: Jacek Stachacz (dyrektor Szkoły Publicznej w Komorowie, w sztuce jako W. Pilecki), Błażej Krzyżanowski (student), Janusz Świderski, Kazimierz Szostak (rolnik) i Tadeusz Trentowski (właściciel sklepu). Krzysztof Swaczyna (Dyrektor Szkoły Muzycznej), Piotr Trentowski (Dziennikarz Radia Nadzieja), Paweł Pecura (Pracownik Urzędu Miasta), Bogdan Rybiński (Opiekun floty pojazdów), Szymon Pych (Uczeń Szkoły Podstawowej). Reżyserem sztuki oraz autorem scenariusza jest Sławomir Konarzewski, prezes Oddziału Regionalnego Towarzystwa Uniwersytetów Ludowych w Ostrołęce, z siedzibą w Lubiejewie, gdzie w miejscowym Zespole Szkół CKR jest nauczycielem historii. Widowisko poprzedziła elegia o rotmistrzu Pileckim do słów Marka Bożykowskiego z muzyką Pawła Andruszkiewicza, zaśpiewana przez jego grupę. Premiera całości przedstawienia składającego się z 33 scen przewidziana jest na 25.05.2018 r., kiedy będziemy obchodzić 70. rocznicę śmierci Witolda Pileckiego.

dr Elżbieta Wojtas-Ciborska

dziennikarz

 

Recenzja ze sztuki "Noc Świętojańska"

„Spektakl „Tam na góre ogień gore” jest widowiskiem ze wszech miar niezwykłym. Po pierwsze, stanowi ono chyba jedyną dotychczas w naszym kraju próbę tak pełnego zaprezentowania bardzo starego zwyczaju i jego przekształcenie. Pamiętać trzeba, ze korzeniami swymi zwyczaj ten sięga głęboko w pogańską obrzędowość Słowian witających rozpoczynające się lato, z wszelkimi konsekwencjami niesionymi przez tę porę roku. Realizowane dziś w wielu miejscach kraju widowiska związane z kulturą ludową, dotyczą w zdecydowanej większości obrzędu weselnego, jeśli jednak inscenizowana zostaje noc świętojańska, sprowadza się ona do tańców przy ognisku, skakaniu przez ten ogień, ponadto do puszczania wianków na wodę i na tym „impreza” się kończy. Dlatego też bezsprzecznym walorem przygotowanego misterium – widowiska jest bardzo szerokie włączenie i zaprezentowanie różnorodnych zwyczajów związanych z dniem, a szczególnie nocą kupałową, czy inaczej mówiąc – sobótkową. Dotyczy to zarówno wyprawy kobiet i młodych dziewcząt po zioła, czynione zabiegi o nadanie i utrwalenie ich szczególnej mocy, a wieczorem – zabawy przy ogniskach, ale również starego zwyczaju oświetlania pól (pochodniami), wróżby z puszczanych na wodę wianków, wyprawy do lasu w poszukiwaniu cudownego kwiatu paproci. Starosłowiańskie zwyczaje nocy sobótkowej były przez wieki usilnie zwalczane jako elementy pogańskie, ale mimo to pewne przejawy tego zwyczaju przetrwały bardzo długo, szczególnie na Mazowszu i Podlasiu. Wystarczy wspomnieć, iż A. Radoszkowski w swym opracowaniu „Kupalnocka, czyli wigilia św. Jana u włościan nad Narwią” przedstawił zwyczaje Kurpiów w noc świętojańską z lat 30. XIX w., a Z. Gloger poszedł jeszcze dalej pisząc, że żywy (tzn. nie odtwarzany sztucznie) zwyczaj sobótkowy istniał wśród drobnej szlachty podlaskiej jeszcze w latach 60 – 70. XIX w. Być może z tych właśnie względów, autor scenariusza umieścił akcję widowiska scenicznego gdzieś na północnym Mazowszu. Sam tytuł misterium „Tam na góre ogień gore” został zaczerpnięty z pieśni sobótkowej zanotowanej przez O. Kolberga na terenach nadnarwiańskich, a w przedstawieniu znajduje się szereg pieśni charakterystycznych (i śpiewanych do dziś) dla Kurpiowskiej Puszczy Zielonej. Uzupełniają je również pieśni dotyczące tego święta i zwyczaju z innych regionów kraju wzbogacając widowisko i tworząc w miarę autentyczny obraz kultury wsi polskiej, opartej na odwiecznej tradycji. Autentyzm ten znalazł odzwierciedlenie również w innych elementach. Drugim, zasługującym na podkreślenie faktem, jest twórcze przemieszanie różnych sfer kultury wiejskiej – życia codziennego i zwyczajów (wyprawa po zioła, zabiegi o kawalera) ze sferą folkloru – wiedzy i przekonań tego środowiska. Materializują się więc czarownice, wiedźmy, rusałki, diabły, topielice i inni przedstawiciele złych mocy, którzy w tę specyficzną noc przenikają do świata żywych i starają się wpływać na działania ludzi. Oczywiście, przeciwdziała temu św. Jan i prośby oraz pieśni kierowane do niego, a patron wody (i deszczu) powoduje zwycięstwo człowieka nad siłami pogaństwa i zabobonu. Rola św. Jana w tym widowisku dotyczy także innego obszaru życia wiejskiego. Noc sobótkowa była od wieków momentem ujawniania się jeszcze jednego aspektu ludzkiego życia – potrzeby posiadania i artykułowania uczucia – sympatii, miłości, przechodzących często nawet w erotyzm (np. tańce dziewcząt, wspólne wyprawy młodych ludzi po kwiat paproci). Autor widowiska nie pominął tej płaszczyzny, kreśląc obraz życia społeczności wiejskiej „z krwi i kości”, tematu, który jest bardzo rzadko eksponowany na scenie. Przechodzenie zwyczaju od kupalnocko - sobótkowego do uroczystości św. Jana wyciszyło, a potem całkowicie wyeliminowało z publikacji i prezentowania tych właśnie, związanych z „cielesnością” zachowań. Z biegiem czasu zwyczaj został uładzony i doprowadzony do spotkań towarzyskich mieszkańców wioski nad wodą, przy ognisku. Dobrze więc się stało, że zostało przygotowane misterium – widowisko mocno osadzone w kolorycie lokalnym, ale jednocześnie sięgające daleko w głąb polskiej i słowiańskiej kultury ludowej. Miejmy nadzieję, że będzie dobrze służyło przybliżaniu tradycji i ukazywaniu młodemu pokoleniu różnorodnych i barwnych zwyczajów naszych przodków.”

Bernard Kielak

Etnograf.

 

TEATRALNYM GŁOSEM O POWSTANIU

Widzowie, którzy przybyli 4 lutego br. do Centralnej Biblioteki Rolniczej im. Michała Oczapowskiego w Warszawie, przeżyli nie lada wzruszenia. Tego bowiem dnia znana Grupa Teatralna „Rzeczpospolita Apostolska”, działająca pod kierunkiem Sławomira Konarzewskiego, prezesa Oddziału Regionalnego Towarzystwa Uniwersytetów Ludowych w Ostrołęce, z siedzibą w Lubiejewie, przedstawiła widowisko historyczne w jego narracji, reżyserii i z opracowanym przez niego scenariuszem o powstaniu styczniowym pod intrygującym tytułem „W imię Ojca i … Cara”! Narrator w słowie wstępnym powiedział: Wyrastamy z wielkiej tradycji Polskiego Uniwersytetu Ludowego. Miałem ogromny zaszczyt być wychowankiem Zofii Solarzowej. Także nasz teatr w jakimś stopniu jest zakorzeniony w idei Solarzowego teatru z głowy i wielkiego teatru chłopskiego Jędrzeja Cierniaka. Przechodząc do historii dodał: W noc 22 na 23 stycznia 1863 roku na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej rozszarpanej przez trzy państwa zaborcze już po raz drugi w tamtym stuleciu wybucha powstanie. Znów przeciw Rosji. Bez właściwego przygotowania, uzbrojeni w sześćset strzelb myśliwskich powstańcy rzucili się na największe mocarstwo Europy i Azji. Car Aleksander II – dysponując dziesiątkami tysięcy żołnierzy i setkami armat- przez kilka miesięcy nie potrafił zgnieść tego buntu. W naszym przedstawieniu przemówią do Państwa dwie żywe osoby. Dopuścimy do głosu dwie wrogie namiętności stojące po przeciwnych stronach barykady, wierzących w słuszność, prawość i bogobojność swego postępowania. Sztuka została bowiem skomponowana z fragmentów pamiętników: niechlubnej pamięci carskiego generała Michaiła Murawjowa (1796-1866), gnębiciela powstania, napiętnowanego przez opinię społeczną jako „wieszatiel” i powstańczego kapitana Wiktora Wiśniewskiego (1822-1890). Dlatego na zasadzie kontrapunktu bohaterowie sztuki przedstawiają w narastającej emocjonalnej dramaturgii te same kwestie: sensu walki, zaangażowania katolickiego duchowieństwa, spraw włościańskich, udziału chłopów i przyczyn klęski. Niby mówią to samo… ale pierwszy: w imię ojca…, a drugi … cara”! W ustach Wiktora Wiśniewskiego przybiera to między innymi formę: We mnie krew polska zakipiała, krew nieodrodna śp. ojca mojego Napoleończyka, któren jako kapitan przebył wszystkie bitwy w legionach polskich. Dla mnie dość było, że krew polska się leje, że wroga biją – cóż tu dyplomatyzować? Kto zdrów a z mężnem sercem hurra na wroga! (…) Ale do tego trzeba poświęcenia, zaparcia się samego siebie, miłości Ojczyzny! (…) Nas, jak tu jesteśmy, na to matki rodziły, aby umrzeć za Ojczyznę. Zgoła inaczej widzi to Murawjow: Z radością poświęcę siebie dla dobra i szczęścia Rosji, lecz żądam, aby podane mi były wszelkie środki do wypełnienia włożonego na mnie obowiązku (…), tj. srogie prześladowanie spisków i buntu (…). Wiem z góry, iż system mój nie będzie się podobał, lecz odstąpić od niego nie mogę i naprzód zapowiadam, bo znam dostatecznie naród polski, że ustępstwami i słabością rzecz całą tylko pogorszyć możemy. Dialogi były uzupełniane śpiewem chóru. Murawjow podpierał się pieśnią „Boże chroń cara”.

Powstańców nie opuszczał chorał ze słowami Kornela Ujejskiego (1823-1897) i melodią Józefa Nikorowicza (1827-1890):
Z dymem pożarów z kurzem krwi bratniej,
Do Ciebie Panie bije ten głos,
Skarga to straszna, jęk to ostatni,
Od takich modłów bieleje włos.
My już bez skargi nie znamy śpiewu,
Wieniec cierniowy wrósł w naszą skroń.
Wiecznie, jak pomnik Twojego gniewu,
Sterczy ku Tobie błagalna dłoń.

Po powstaniu chorał ten towarzyszył manifestacjom patriotycznym, a w drugiej wojnie światowej jego melodia, nadawana na falach radia Londyn, stanowiła umowny sygnał rozpoczęcia Powstania Warszawskiego. W Scenie drugiej Murawjow (za którym z prawosławnym krzyżem podąża żołnierz w służbie cara) strzela z pistoletu i buńczucznie grozi: Gdy tylko przybędę do Wilna, pierwsze co zrobię to każę powiesić katolickiego księdza. Powstaniec Wiśniewski siedzi nieco obolały na krześle i przyciskając mokry ręcznik do głowy, zwierza się: Przy największym męstwie i harcie ducha, żegnać się z drogiemi osobami i miejscem urodzenia, gdy się odjeżdża prawie na śmierć, jest to chwila okropna. Sztuka jest zgrabną transpozycją różnych przeżyć i emocji towarzyszących zrywowi, więc zmieniając ton i śmiejąc się do siebie, zwierza się publiczności: Przyniesiono wina i długo piliśmy strzemiennego. Z kolei Murawjow, uważnie lustrując widownię: Buntownicy wszędzie mieli swoich naczelników (...), wojenne-rewolucyjne trybunały, policję, żandarmerię. Słowem cała organizacja, która bez przeszkód działała wszędzie, zbierała bandy, w niektórych miejscowościach nawet organizowała regularne wojsko, uzbrajała je, dostarczała żywności, zbierała podatki na powstanie. W pewnym momencie Murawjow i Wiśniewski wypowiadają słowa szybko z narastającą dramaturgią, niemal wchodząc sobie w słowa: Główne siły powstańcze gromadzą się w lasach (pierwszy). Drugi czyta: Nadjeżdżamy w lasy, dokoła gwar obozowy. Wszędzie wesoło, ochoczo, swawolno! Nie gdyby w wilję niejednej śmierci, ale, gdyby wesela , w kuligu,… i podnosząc głos, mówi: Wtem pikieta daje ognia. Jest to hasło, że wróg się zbliża. Zagrzmiał głos naczelnika: do broni!, i wszyscy porzucają zabawę, śmiech, i stają w szeregi, a z ócz im błyska odwaga i chęć umrzeć lub zwyciężyć! Murawjow spiesznie ripostuje: Wojska nasze były w zupełnym rozstroju i zaledwie się formowały z kadrów. Bataliony rozmieszczone w guberniach zachodnich pełne były rekrutów, którzy w kwietniu 1863 roku nie byli ani uzbrojeni, ani odziani. Na co Wiśniewski, czytając dla kontrastu mocnym, spokojnym głosem: Nie mieliśmy ani dostatecznej broni, ani dostatecznej amunicji (...), potem podnosi się z krzesła i chodzi po scenie, dodając: o przyjęciu bitwy nie mogło być ani mowy. Musieliśmy marszami forsownemi przez lasy, debry, niedostępne góry i różnemi kontrmarszami unikać zejścia się z wrogiem. Maszerowaliśmy tak noc całą i z pewną ironią spostrzega: Jak wspomniałem było nas parę set, po największej części bez broni (...) Mogło nas być około pięćset ludzi. Murawjow gasi niewczesne złudzenia: Polacy wierzyli najzupełniej w pomyślne rozwiązanie sprawy (...), a wszyscy przekonani byli, że rząd zmuszonym będzie ustąpić, tj. że przyzna prawność pretensji polskich do odbudowania Polski w dawnych jej granicach. Przerywanym głosem mówi: Przede wszystkim potrzebowałem rozwiać ten polski obłęd (...) Zadanie to trudne, lecz zdecydowawszy się na wszelkie poświęcenie się materialne i moralne, z pełną nadzieją w Bogu wziąłem się do dzieła. Przejmujące dialogi wprowadzają widzów w nastrój pierwszego ogólnonarodowego zrywu, w którym niepodzielną rolę odgrywało chłopstwo, a także (i tu głosem Wiśniewskiego): Kobiety! Polki! Czołem, czołem przed Wami! Wy i do tańca i da różańca! (...) Widziałem jak dzielna Henryka Pustowojtów na kasztanowym koniku, ubrana w krótką czamarkę (...), uganiała śród tysięcy kul z największym niebezpieczeństwem życia, od szeregów do szeregów, dodając krótkiemi a dziarskiemi wykrzyknikami odwagi żołnierzom. Widziałem ją także jak z dobytym pałaszem latała śród gradu kul za uciekającymi, płazując ich i krzycząc: A tchórze, a do boju! Zwyciężyć lub umrzeć! A wstydźcie się!. Anna Henryka Pustowójtówna z d. szlachcianka Kossakowska (1838-1881) była jak najbardziej postacią rzeczywistą, adiutantką dyktatora powstania, gen. Mariana Langiewicza, na emigracji we Francji sanitariuszką w wojnie francusko-pruskiej i Komunie Paryskiej. Historia ma znaczenie i nieoczekiwanie nabiera symbolicznej aktualności, co wypowiada narrator w przesłaniu dla następnych pokoleń: Uwikłani w przekleństwo historii swoich narodów oprawca: Murawjow i żołnierz powstaniec: Wiktor Wiśniewski schodzą ze sceny dziejów. Jeden – zwycięski i triumfujący, drugi- poraniony i pokonany. Ale w historii człowieka i narodów nic nie jest pewne i raz na zawsze przesądzone. Ponad 50 lat później upada imperium carów a potomkowie N.P. [Najjaśniejszego Pana], któremu tak wiernie służył Murawjow- zostali w nieludzki sposób rozstrzelani przez bolszewików. W tym czasie odradza się niepodległa Polska. Powstanie styczniowe stało się bowiem mitem założycielskim II Rzeczypospolitej. Powstańcy cieszyli się wielkim szacunkiem. Wolnej Polski doczekało ponad 3,5 tysiąca weteranów, a ostatni z nich zmarł w 1946 roku. Mieszkali w różnych miejscowościach, w Warszawie w Domu Weterana u zbiegu ulic: Floriańskiej i Jagiellońskiej. Wygalowani w granatowe mundury z amarantowymi wypustkami na rękawach i takimiż amarantowymi wyłogami oraz w granatowych czapkach rogatywkach z rozetką, byli częstymi uczestnikami uroczystości państwowych i gośćmi szkół. Odbierali salut oficerski. Przedstawiony na scenie CBR dramat miał swoją premierę w 2013 roku w kościele pod wezwaniem św. Andrzeja Apostoła w Broku nad Bugiem w 150-lecie historycznych wydarzeń. W tymże roku Sławomir Konarzewski opublikował scenariusz w numerze 3-4(97) kwartalnika „Polski Uniwersytet Ludowy”. Może on służyć historycznym prezentacjom w innych teatrach akuratnie w 100-lecie odzyskanej niepodległości. W sztuce w strojach z epoki wystąpili: Jacek Stachacz (dyrektor Szkoły Publicznej w Komorowie, w sztuce jako Wiktor Wiśniewski), Piotr Trentowski w roli Michaiła Murawjowa i Kazimierz Szostak jako żołnierz z prawosławnym krzyżem, asystujący Murawjowowi . Aktorzy zagrali z wielką werwą. Szczególnie kwestie wypowiadane przez Jacka Stachacza wycisnęły niejedną łzę w oku. Z niewdzięczną rolą po mistrzowsku zmierzył się Piotr Trentowski „w cywilu”, dumny praprawnuk uczestnika i weterana z powstania styczniowego Szczepana Trentowskiego! Podczas pościgu kozactwa za ukrywającymi się powstańcami, Szczepan zrzucił żołnierskie rekwizyty, złapał żarnówkę i jął nią kręcić po żarnach, niby mieląc zboże na mąkę. Domownicy zapytani, czy aby nie przebywa tu jakiś buntownik, stanowczo zaprzeczyli, ratując mu życie. Wrażenia potęgowała historia miejsca, w którym wystawiono sztukę, przytoczona przez wicedyrektora Centralnej Biblioteki Rolniczej, Andrzeja Bieńkowskiego. Związane było ono od XV w. z klasztorem bernardynów, który przez ćwierć wieku miał siedzibę w dobudowanym do kościoła św. Anny gmachu przy Krakowskim Przedmieściu 166, mieszczącym dziś Bibliotekę. W najbliższych okolicach rozgrywały się ważne powstańcze wydarzenia lat 1863-1864. Zakonnicy nieśli pomoc powstańcom, za co po powstaniu w odwecie klasztor został skasowany. Potem przez długi czas, to jest do 1951 roku w gmachu mieściło się Muzeum Przemysłu i Rolnictwa z imponującą listą pozytywistycznych dokonań. Przygarniało ono inne stowarzyszenia (m. in. Centralne Towarzystwo Rolnicze do czasu zbudowania gmachu przy ul. Kopernika 30) i tworzyło nowe organizacje. Stymulowało rozwój nauki, urządzało pokazy, odczyty, wystawy, kursy, prace badawcze, czego przykładem była praktyka Marii Skłodowskiej (późn. Curie) w utworzonej tam Pracowni Fizycznej i Chemicznej. W latach 1890-1901 wydano jego staraniem 11 tomów encyklopedii rolniczej, a w 1911 roku uruchomiono Wyższe Kursy Przemysłowo-Rolnicze, będące w istocie uczelnią rolniczą. I – oczywiście – utworzono znakomitą bibliotekę, której sukcesorką jest Centralna Biblioteka Rolnicza, założona w końcu 1955 roku. Jako ciekawostkę warto dodać, że do powołania CBR przyczynił się Tadeusz Żeligowski, przez 19 lat jej pierwszy dyrektor, syn generała Lucjana i wnuk Gustawa Żeligowskich. Ten ostatni, ziemianin i powstaniec styczniowy, został zesłany na Sybir, z którego już nie wrócił. Historia chodzi wszak z nami pod rękę i pozostawia sprawy rolnicze w jej centrum.

dr Elżbieta Wojtas-Ciborska

dziennikarz

 

DO GÓRY